Leopold Wesołowski

Dzięki uprzejmości Pana Jacka Wesołowskiego mamy przyjemnść przedstawić wspomnienia o Panu Leopoldzie Wesołowskim - żołnierzu pułku, który w czasie służby grał w pułkowej orkiestrze dętej w plutonie trębaczy.

 

 

Niestety, nie znałem mojego dziadka osobiście, ponieważ umarł przed moim urodzeniem. Długie lata nie przywiązywałem wagi do tego, kim byli moi przodkowie. Owszem, oglądałem jakieś stare, pożółkłe zdjęcia w rodzinnym albumie, ale kto, mając naście lat, przejmowałby się takimi sprawami. Widocznie musiałem dojrzeć do poszukiwań  śladów przodków, ponieważ kilka lat temu, kiedy wróciłem do tych spraw, spojrzałem na nie zupełnie inaczej.

               Będąc wyposażonym w niezbędną wiedzę historyczną, zacząłem poznawać swoje korzenie i być z nich dumny. Patrząc na zdjęcia dziadka wiem, że był on ówczesnym „prawdziwym twardzielem”. Należał do przedwojennej elity – ułanów. Według zachowanej Książeczki Wojskowej, służbę w pułku rozpoczął w roku 1924 grając w pułkowej orkiestrze dętej, w plutonie trębaczy. Zakończył ją w roku 1927 w stopniu kaprala. Nie znam jego losów podczas Kampanii Wrześniowej. Wiem jedynie, że został zmobilizowany, ale szybko wrócił do domu. Nie wiem ile trwała służba i jak rozumieć określenie „szybko”. Czy nie odnalazł jednostki i wrócił? Czy dojechał do niej pod koniec szlaku bojowego? To niestety pozostaje zagadką. W roku 1944, po przejściu frontu, powołano go ponownie. Otrzymał zadanie tworzenia orkiestry dętej. Wiem, że ze swoją jednostką doszedł do Legionowa, po czym zwolniono go do cywila. Powrócił do domu w stopniu sierżanta. Ostatni zapis w Książeczce Wojskowe wskazuje, że pełnił funkcję Szefa Orkiestry. Do końca życia był związany z muzyką. Dziadek odszedł w roku 1980, cztery lata przed moim urodzeniem. Miał ciekawe życie. Przeżył II RP, okupację, Stalina, Gomułkę i Gierka. Nie doczekał jednak narodzin ostatniego wnuka, a ja przez to nie miałem okazji go poznać.

               W rodzinie zachowały się dwie historie, dotyczące dziadka, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Według pierwszej, podczas służby wojskowej, kiedy dziadek wylewał w Baranowiczach krew, pot i łzy, babcia borykała się z niechcianymi awansami jakiegoś krewkiego młodzieńca. Jak przystało na ułana, dziadek wziął sprawy w swoje ręce i rozprawił się z delikwentem z przysłowiową ułańską fantazją. Kiedy przyjechał na przepustkę, świsnął fatygantowi szablą koło głowy, odcinając kawałek ucha. Babcia już nigdy nie musiała borykać się z nieproszonymi zalotnikami.

               Druga jest raczej tragiczna i dotyczy orkiestry pułkowej. Podobno podczas służby dziadka wydarzył się wypadek. W trakcie uroczystości lub próby, kiedy orkiestra grała „z koni”, rumak klarnecisty wierzgnął do tyłu łbem tak niefortunnie, że uderzył w instrument. Klarnet wkłada się do ust. Dlatego, kiedy został podbity przez konia z dużą siłą, przebił czaszkę muzyka, powodując natychmiastową śmierć. Podobno po tym wydarzeniu wycofano z orkiestry pułkowej klarnety. Na zdjęciach, które posiadam faktycznie nie ma ani jednego klarnecisty.

               Nie jestem w stanie stwierdzić, czy powyższe historie są prawdziwe, czy należą jedynie do rodzinnej mitologii. Przyznam szczerze, że pierwszej nawet nie chcę weryfikować. Podoba mi się opowieść sławiąca dziadka jako „prawdziwego twardziela”, po ułańsku walczącego o babcię, nawet jeżeli jest to tylko legenda.

 Jacek Wesołowski 

Wrocław 17.02.2015

 

 

  Baranowicze1   Baranowicze2   Baranowicze3
  Baranowicze4   Baranowicze5